Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przyjaciele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przyjaciele. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 października 2009

Na nowej drodze życia.

Strasznie się ociągałam z napisaniem tej notki - a to czasu, a to weny nie miałam, a to mi się nie chciało. A bardzo dużo się wydarzyło od ostatniego wpisu.
Na początku października - tydzień przed ślubem - świadek z bratową zorganizowali mi wieczór panieński. I to nie byle jaki! Impreza miała miejsce w klubie i szkole tańca - Salsa Libre. Niespodzianką była godzinna lekcja tańca. Potem były wróżby, prezenty i tort. Ale najbardziej cieszyłam się z faktu, że były tam ze mną wszystkie moje najkochańsze dziewczyny :) Jeszcze raz stokrotne dzięki! :***
Cały następny tydzień spędziłam biegając tu i tam i dopinając wszelkie sprawy ślubne. I powiem Wam, że wyszło świetnie! Znaczy było kilka wpadek - ale może lepiej o nich nie wspominać - na zdjęciach ich nie ma, więc z czasem człowiek o nich zapomni. Generalnie byłam nastawiona dość pesymistycznie. Jak to mój mąż zwykł mówić - mam problem z delegowaniem obowiązków i faktycznie wychodzę z założenia, że jeśli coś ma być zrobione dobrze, to muszę to zrobić sama. Ponieważ doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że w dniu ślubu emocje nie pozwolą mi wszystkiego ogarniać (zresztą pannie młodej to chyba nawet nie wypada) założyłam, że na pewno coś się sypnie. No ale trudno - po co denerwować się czymś na co się nie ma wpływu?
Jakże cudownie się rozczarowałam! Przede wszystkim okazało się, że wszystkie osoby tak bardzo odradzające nam dwa śluby jednego dnia nie miały racji. To był doskonały pomysł! Na ślubie cywilnym byłam bardzo zdenerwowana - z trudem wymówiłam słowa przysięgi, no i oczywiście się popłakałam. Ale za to na ślubie kościelnym byłam już bez tremy. I wyszło naprawdę pięknie. Było wyjątkowo. Tata odprowadził mnie do ołtwarza, przyjaciel przeczytał czytanie, bratowa zaśpiewała psalm. Kazanie ks. Tomasza było stosowne, ładne i nie za długie. W pewnym momencie przemieniło się nawet w rozmowę z nami. Ah! I kościół pięknie wyglądał. A później był ryż, płatki róż, pieniążki, życzenia i kwiaty. To takie dziwne, ale bardzo przyjemne uczucie, kiedy ludzie, których nie znasz składają Ci życzenia i życzą najlepszego. Zabrakło mi jednak kilku osób. Osób które uważałam za bliskie, które na pewno będą na naszym ślubie. W końcu ślub ma się raz w życiu. Ogólnie kiedy o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że zawarcie związku małżeńskiego to takie przedsięwzięcie, które dość mocno koryguje listę przyjaciół i bliskich znajomych. Ale mniejsza z tym. Nie warto pisać o tych, co rozczarowali. Lepiej pisać o tych, którzy spisali się na medal i udowodnili, że można na nich liczyć. A niektórzy zrobili to naprawdę w mistrzowski sposób :)
Po ślubie pojechaliśmy na wesele. Przywitano nas tradycyjnie chlebem i solą. Godnym zapamiętania jest fakt, że to ja trafiłam wódkę. I bardzo dobrze, bo dzięki temu wyluzowana weszłam na parkiet do pierwszego tańca. Zatańczyliśmy tango do utworu Carlosa Gardela "Por Una Cabeza". A potem zaczęły się tańce, hulanki i swawole. Nasz DJ spisał się rewelacyjnie! Zabawa co jakiś czas przerywana była na różne wstawki. A to przemówienie świadka (dzięki braciak!), a to podziękowania dla rodziców, aż w końcu tort i oczepiny o północy. Tort przygotowała dla nas Liwia - jeszcze raz bardzo dziękujemy! Welon złapała nasza świadkowa, szwagierka i siostra w jednym - Karolina (czekamy kiedy impreza!) a muszkę Tomek :)
Zabawę skończyliśmy o 5 rano. Było absolutnie cudownie. I jednego jestem pewna:
To był najpiękniejszy dzień mojego życia.

czwartek, 23 lipca 2009

Live fast, die young.

Pierwszy tydzień mojej rekonwalescencji był bardzo spokojny. Ruszanie się przychodziło mi z pewną trudnością i prawie całość przesiedziałam w domu. Dało to całkiem niezłe rezultaty, bo w drugim tygodniu czułam się o wiele lepiej. I ten miniony tydzień był naprawdę fantastyczny - pełen wrażeń i miłych spotkań. No bo tak...
W poniedziałek udało nam się namówić naszego Mistrza Gry na sesję Gwiezdnych Wojen. I to nie byle jaką sesję, bo na gwiezdnym niszczycielu! I oto małymi kroczkami zaczęliśmy zmieniać losy galaktyki (tak sobie przynajmniej czasem marzę ;))
We wtorek zorganizowaliśmy sobie Wieczór Piwny. Degustacja piw wypadła na wyraz dobrze. Szkoda, że już zapomniałam nazwy piwa, które mi tak smakowało... chyba jakieś korzenne było, czy coś takiego. A piwo czekoladowe i bananowe to ZUO! Na koniec gospodarz próbował nas dobić trzema kolejkami swojego kamikaze. Nie daliśmy się! :)
W środę... w środę prowadziłam Everwaya. I ta zeszłotygodniowa sesja była całkiem niezła, w przeciwieństwie do tej wczorajszej, z której nie jestem zadowolona. No, ale moje małe przepaki... znaczy Wybrańcy brną dalej w swoje przeznaczenie. Jestem z nich bardzo dumna. Cieszę się za każdym razem, kiedy odkrywają kolejny element układanki, a jeszcze bardziej, kiedy wiedzą, gdzie tego puzzla wpasować. A tyle jeszcze przed nimi!
W czwartek graliśmy w 7th Sea. I tutaj muszę się do czegoś przyznać... Mimo, że od wielu tygodni na tapecie mam Star Wars'y, to jednak doszłam do wniosku, że to 7th Sea jest moim ukochanym systemem. Ma wszystko, czego oczekuję po dobrych erpegach. A dodatkowo w tym projekcie - kocham MG, bardzo podoba mi się moja postać, uwielbiam graczy i sam system. Czego chcieć więcej? Wstawię jeszcze tylko mały feedback dla mojego wspaniałego Misia Grr... Motyw z wilczym ugryzieniem jest boski! Czekam, co będzie dalej :>
Piątek to seans filmowy pod hasłem "Piraci z Karaibów". Zjechało się trochę znajomych :*****, były chipsy, cola, kanapki, czereśnie i inne słodkości. Daliśmy radę obejrzeć dwie części. Z trzeciej zrezygnowaliśmy, bo...
...w sobotę jechaliśmy na ślub Goblinów. Jak to bywa ze ślubami cywilnymi - krótka to była uroczystość, ale bardzo ładna i wzruszająca. Oboje wyglądali prześlicznie i przeszczęśliwie. A pogodę mieli po prostu nieziemską. Czas między ślubem (g.11) a imprezą poślubną (g.19.30) wykorzystaliśmy na wycieczkę do zamku książąt mazowieckich w Czersku. Było cudnie i właśnie sobie przypomniałam, że Moje Ogrze Kochanie już trzy razy prosiło mnie o zrzucenie zdjeć stamtąd do albumu. Dalsza część dnia i nocy były równie miłe. Wesele w Paradoxie udało się bardziej niż się spodziewałam. Wytańczyłam się, wybawiłam z przyjaciółmi... było cudnie!
W niedzielę Ogrzak gotował i muszę przyznać, że wyszło mu tak, że normalnie klękajcie narody. Chińszczyzna a'la Ogre była absolutnie przepyszna i chyba każdy, kto próbował się z tym zgodzi. A potem graliśmy w Star Wars. Graliśmy 7 godzin, które upłynęły w mgnieniu oka. Co prawda była to inna kampania niż poniedziałek, ale muszę przyznać, że też bawiłam się nieźle.
No i tu w zasadzie szalony tydzień się kończy... choć nie do końca. Bo w poniedziałek Ogrzak prowadził Dead Landy. We wtorek poszliśmy do Babalu z Tesiakami, a w środę - to jest wczoraj znowu prowadziłam Everway'a. No i kto tu jest najbardziej obciążonym MG?!?
Dziś jest czwartek - mamy pierwszy od dawna wieczór tylko dla siebie. Dziś jestem tylko Ogrzego i nikt i nic tego nie zmieni!

czwartek, 26 marca 2009

Wokół bagna Cichowąż.

Umówiliśmy się z przyjaciółmi na spacer. Ale nie taki zupełnie zwyczajny. To będzie spacer po Puszczy Kampinoskiej. A konkretnie wokół bagna Cichowąż. Trasa liczy 16 km długości i obliczona jest na 5 godzin marszu. Zabierzemy ze sobą prowiant i będziemy piknikować na świeżym powietrzu. Mam nadzieję, że pogoda nam dopisze i uda się pstryknąć kilka fajnych zdjęć. No po prostu już nie mogę się doczekać! Mała rzecz, a cieszy :)

piątek, 3 października 2008

Zu.

Po dwóch latach zmowy milczenia (której to przyczyny właściwie nie udało nam się do końca ustalić) postanowiłam odezwać się do swojego wieloletniego przyjaciela. W gwoli ścisłości przyjaciel jest płci (bardzo) pięknej, tyle, że wyraz "przyjaciółka" ma dla mnie - jakoś tak, sam z siebie - nieco pejoratywny wydźwięk. Smutne, zupełnie jakby kobiety nie potrafiły się przyjaźnić. A przecież to nieprawda.
Na spotkanie szłam przekonana, że tak jak kiedyś to już nie będzie, ale nadal może być dobrze. Jakie więc było moje zdziwienie kiedy okazało się, że rozmawia się nam jak dawniej. Zupełnie jakbyśmy rozstały się wczoraj, tyle, że w międzyczasie zdarzyło się mnóstwo rzeczy do opowiadania.
Przy dzbanku (właściwie dwóch dzbankach) pysznej owocowej herbaty spędziłyśmy ponad trzy godziny wyjaśniając sobie różne sprawy i opowiadając, co się u nas działo.
Przez dwa lata starałam się nie dopuszczać do siebie tej myśli, ale teraz widzę, że naprawdę brakowało mi Zu. Cieszę się, że wróciła do mojego życia.
ślub, wesele