poniedziałek, 27 października 2008

Nach Breslau!

Miniony weekend był pełen wrażeń. Bardzo zresztą pozytywnych :)
Wybraliśmy się do Wrocławia. Głównym celem wyprawy było poznanie naszych rodziców i z przyjemnością stwierdzam, że misja ta zakończyła się powodzeniem. Zwłaszcza mamy - zgodnie z przewidywaniami zresztą - przypadły sobie do gustu.
Gwoździem programu były oczywiście rozmowy o naszym ślubie, ale nie zabrakło też innych atrakcji. Pogoda dopisała i mieliśmy okazję pospacerować po wrocławskim rynku i Ostrowie Tumskim rozkoszując się ciepłem jesiennego słońca. Nie zdążyliśmy zobaczyć jedynie ogrodu japońskiego, który kiedyś tak mnie urzekł. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wrócimy wiosną! Był za to wystawny obiad. I lody :)
I wszystko się udało :)
Czy mogło się nie udać? Pewnie mogło. Bo przecież dla wszystkich to była nowa i dość stresująca - trzeba przyznać - sytuacja. Ogre dobrze się czuje w mojej rodzinie, ja w Jego i bardzo nam zależało na dobrych relacjach i zrozumieniu między rodzicami.
Teraz nie mogę się już doczekać Bożego Narodzenia, kiedy to znowu będę miała swoją starą i nową rodzinę przy sobie :)

wtorek, 7 października 2008

Ziemia Obiecana.

Myli się ten, kto twierdzi, że nie warto być dobrym dla ludzi. Zdarza się, że to dobro do nas wraca.
Wszystko zaczęło się w środę, kiedy będąc na zakupach, odebrałam telefon z koordynacji (taki dział w mojej pracy). Mocno strapionym głosem pani Kasia zapytała czy nie poleciałabym z dnia wolnego do Londynu. Jakież było jej zdziwienie, kiedy z miejsca powiedziałam, że polecę. Dopiero kiedy odłożyłam słuchawkę, pomyślałam, że to była moja szansa na wynegocjowanie jakiegoś dobrego lotu na zaczynającą się od soboty rezerwę i że tej szansy nie wykorzystałam. Nie nadaję się na negocjatora ;) Dopiero w piątek popołudniu okazało się, że moje dobre serce nie zostało zapomniane. Dostałam lot do Izraela. Ale nie taki zwykły, tylko taki z jednodniowym pobytem w Tel Awiwie. Bardzo się ucieszyłam. Zwłaszcza kiedy dowiedziałam się, że hotel położony jest nad morzem. A jeszcze bardziej kiedy sprawdziłam tamtejszą prognozę pogody - bezchmurne niebo, 34st. Celsjusza.
Znaczy się dostałam w prezencie od firmy dzień wakacji. I to nie byle gdzie - nad Morzem Śródziemnym. Jak ja uwielbiam te klimaty! Tak bardzo, że czasem zapominam, że ze słońcem nie należy przesadzać. Na plaży spędziłam zaledwie 3 godziny, ale to wystarczyło bym spiekła się tu i ówdzie. Potem wybrałam się na bazar, a następnie na stare miasto, które swoją drogą zupełnie nie przypomina starego miasta, jakiego spodziewałby się przeciętny Europejczyk.
Jeden dzień to mało, ale wystarczył, by zrobić odpowiednie wrażenie. Za jakiś czas chciałabym wrócić do Izraela. Na trochę dłużej. Przynajmniej na tyle, by dotrzeć do Jerozolimy i Morza Martwego. Może w ramach podróży poślubnej? Czy się uda, czas pokaże.

piątek, 3 października 2008

Zu.

Po dwóch latach zmowy milczenia (której to przyczyny właściwie nie udało nam się do końca ustalić) postanowiłam odezwać się do swojego wieloletniego przyjaciela. W gwoli ścisłości przyjaciel jest płci (bardzo) pięknej, tyle, że wyraz "przyjaciółka" ma dla mnie - jakoś tak, sam z siebie - nieco pejoratywny wydźwięk. Smutne, zupełnie jakby kobiety nie potrafiły się przyjaźnić. A przecież to nieprawda.
Na spotkanie szłam przekonana, że tak jak kiedyś to już nie będzie, ale nadal może być dobrze. Jakie więc było moje zdziwienie kiedy okazało się, że rozmawia się nam jak dawniej. Zupełnie jakbyśmy rozstały się wczoraj, tyle, że w międzyczasie zdarzyło się mnóstwo rzeczy do opowiadania.
Przy dzbanku (właściwie dwóch dzbankach) pysznej owocowej herbaty spędziłyśmy ponad trzy godziny wyjaśniając sobie różne sprawy i opowiadając, co się u nas działo.
Przez dwa lata starałam się nie dopuszczać do siebie tej myśli, ale teraz widzę, że naprawdę brakowało mi Zu. Cieszę się, że wróciła do mojego życia.
ślub, wesele