Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2009

Podróż poślubna.

By odpocząć po ślubie polecieliśmy do Izraela. I muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Z jednej strony słońce, plaża, morze i temperatura około 30 stopni Celsjusza, z drugiej wspaniałe zabytki - pamiątki po wyprawach krzyżowych, a z trzeciej miejsca święte jak Bazylika Grobu Świętego. W końcu czy może być lepsze miejsce by prosić o błogosławieństwo na nowej drodze życia?
Ten tydzień wystarczył nam by się zrelaksować. Nie zabrakło niczego, co w podróży poślubnej być powinno. Z Ziemi Świętej wróciliśmy opaleni, uśmiechnięci, z podarkami, mnóstwem zdjęć i wieloma dobrymi wspomnieniami :)

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Vive la France!

Nigdy nie darzyłam Francuzów szczególną sympatią, a nasz pobyt w Paryżu sprawił, że lubię ten naród jeszcze mniej. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale jeżdżą oni gorzej niż Polacy. Pojęcie kierunkowskazu jest im obce, a przed pasami dla pieszych nie zwykli się zatrzymywać wcale. Ale przy wszystkich wadach tej nacji (chyba każdy wie, co to jest 300 tys. mężczyzn z rękami w górze? ;)) trzeba im przyznać jedno - mają rozmach...
Nasze poznawanie Paryża zaczęliśmy w czwartek od spaceru lewym brzegiem Sekwany. Minęliśmy muzeum d'Orsay i doszliśmy do najbardziej interesującej mnie pozycji na naszej must-see-list - Les Invalides. Ten kompleks budynków wybudowany przez Ludwika XIV zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie. I choć dwie będące w renowacji ekspozycje były niedostępne dla turystów to i tak spędziliśmy tam mnóstwo czasu podziwiając miedzy innymi grób Napoleona.
Piątek zaczęliśmy od katedry Notre-Dame, ruszając tym razem w stronę prawobrzeżnej części Paryża. Minęliśmy Centrum Pompidou (oglądając je tylko z zewnątrz, gdyż sztuka nowoczesna nie interesuje żadne z nas) i przeszliśmy do Luwru. To światowej sławy muzeum udało nam się zwiedzić w niecałe 5h, choć sal i eksponatów starczyłoby na 3 dni. Największe wrażenie na mnie zrobiła Madonna wśród skał (pierwsza, oryginalna wersja), a na Ogrze zdaje się stela z kodeksem Hammurabiego. Oboje zaś wysnuliśmy teorię spiskową, że obraz Mona Lisy jest niczym innym jak kopią, podczas gdy oryginał leży gdzieś głęboko schowany. Zresztą, kto by się poznał.
Po zmroku dzielnie ruszyliśmy w stronę Łuku Triumfalnego, gdzie akurat odbywały się obchody jakiegoś - nieznanego nam - święta. Pokonując 284 schody wspięliśmy się na samą górę, skąd rozciągał się bajeczny widok na Pola Elizejskie. I właśnie tą najsławniejszą - świątecznie już przystrojoną - ulicą Paryża ruszyliśmy do placu Zgody, gdzie zakończyliśmy piątkowe zwiedzanie.
Sobota rozpoczęła się pięknie, bo w Wersalu. Choć pora roku raczej mało odpowiednia na podziwianie natury, ogrody zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Podobnie komnaty Ludwika XIV. Nieco zniesmaczona jestem pracami Jeffa Koonsa wystawianymi w samym pałacu - sławny, kontrowersyjny, dobrze się sprzedający czy nie - jego prac nie powinno tam być. Król Słońce kazałby go ściąć za tę jego sztukę. Czasami tęsknię za monarchią absolutną.
Dalszy ciąg soboty to obowiązkowy punkt programu - Wieża Eiffla. Licząc na dodatkowe przeżycia, których nie zapomnimy przez lata, zdecydowaliśmy na drugie piętro wejść schodami. Ogre jako magister budownictwa spojrzał na konstrukcję (która w rzeczywistości nie jest dziełem jedynie pana Eiffle'a) i ruszył na górę. Ja zaś stwierdziłam, że jest ona nieco zbyt ażurowa i jakaś taka stara i zapewne niedługo się rozpadnie. Dreptałam po schodach mając nadzieję, że niedługo nie oznacza właśnie teraz, kiedy na niej jestem ;) W końcu wdrapaliśmy się na drugie piętro, a stamtąd kolejką wjechaliśmy na górę. Widok z góry na długo wrył się w moją pamięć.
Niedziela to dzień pożegnań. Po śniadaniu zebraliśmy rzeczy, pożegnaliśmy się z Dorotą, którą gościła nas u siebie przez te cztery dni i ruszyliśmy zobaczyć dwie ostatnie pozycje - bazylikę Sacré-Cœur oraz plac Pigale ze sławnym czerwonym młynem. Pod Moulin Rouge strzeliliśmy sobie tylko odrobinę nieprzyzwoitą fotkę i ruszyliśmy w stronę lotniska i domu.
Zakończę ciekawostką podróżniczą - otóż na bilety komunikacji miejskiej wydaliśmy w Paryżu niewiele mniej niż na bilety lotnicze na trasie WAW-CDG-WAW.

poniedziałek, 27 października 2008

Nach Breslau!

Miniony weekend był pełen wrażeń. Bardzo zresztą pozytywnych :)
Wybraliśmy się do Wrocławia. Głównym celem wyprawy było poznanie naszych rodziców i z przyjemnością stwierdzam, że misja ta zakończyła się powodzeniem. Zwłaszcza mamy - zgodnie z przewidywaniami zresztą - przypadły sobie do gustu.
Gwoździem programu były oczywiście rozmowy o naszym ślubie, ale nie zabrakło też innych atrakcji. Pogoda dopisała i mieliśmy okazję pospacerować po wrocławskim rynku i Ostrowie Tumskim rozkoszując się ciepłem jesiennego słońca. Nie zdążyliśmy zobaczyć jedynie ogrodu japońskiego, który kiedyś tak mnie urzekł. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wrócimy wiosną! Był za to wystawny obiad. I lody :)
I wszystko się udało :)
Czy mogło się nie udać? Pewnie mogło. Bo przecież dla wszystkich to była nowa i dość stresująca - trzeba przyznać - sytuacja. Ogre dobrze się czuje w mojej rodzinie, ja w Jego i bardzo nam zależało na dobrych relacjach i zrozumieniu między rodzicami.
Teraz nie mogę się już doczekać Bożego Narodzenia, kiedy to znowu będę miała swoją starą i nową rodzinę przy sobie :)

wtorek, 7 października 2008

Ziemia Obiecana.

Myli się ten, kto twierdzi, że nie warto być dobrym dla ludzi. Zdarza się, że to dobro do nas wraca.
Wszystko zaczęło się w środę, kiedy będąc na zakupach, odebrałam telefon z koordynacji (taki dział w mojej pracy). Mocno strapionym głosem pani Kasia zapytała czy nie poleciałabym z dnia wolnego do Londynu. Jakież było jej zdziwienie, kiedy z miejsca powiedziałam, że polecę. Dopiero kiedy odłożyłam słuchawkę, pomyślałam, że to była moja szansa na wynegocjowanie jakiegoś dobrego lotu na zaczynającą się od soboty rezerwę i że tej szansy nie wykorzystałam. Nie nadaję się na negocjatora ;) Dopiero w piątek popołudniu okazało się, że moje dobre serce nie zostało zapomniane. Dostałam lot do Izraela. Ale nie taki zwykły, tylko taki z jednodniowym pobytem w Tel Awiwie. Bardzo się ucieszyłam. Zwłaszcza kiedy dowiedziałam się, że hotel położony jest nad morzem. A jeszcze bardziej kiedy sprawdziłam tamtejszą prognozę pogody - bezchmurne niebo, 34st. Celsjusza.
Znaczy się dostałam w prezencie od firmy dzień wakacji. I to nie byle gdzie - nad Morzem Śródziemnym. Jak ja uwielbiam te klimaty! Tak bardzo, że czasem zapominam, że ze słońcem nie należy przesadzać. Na plaży spędziłam zaledwie 3 godziny, ale to wystarczyło bym spiekła się tu i ówdzie. Potem wybrałam się na bazar, a następnie na stare miasto, które swoją drogą zupełnie nie przypomina starego miasta, jakiego spodziewałby się przeciętny Europejczyk.
Jeden dzień to mało, ale wystarczył, by zrobić odpowiednie wrażenie. Za jakiś czas chciałabym wrócić do Izraela. Na trochę dłużej. Przynajmniej na tyle, by dotrzeć do Jerozolimy i Morza Martwego. Może w ramach podróży poślubnej? Czy się uda, czas pokaże.
ślub, wesele