Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2009

Wulkan energii.

Szu! Szu! Szu!
Ogrzak twierdzi, że tak właśnie powinna brzmieć moja ksywka. Śmieje się, że mam takie przyspieszenie, że dochodzę w 0,9 sekundy do setki. I chyba coś jest na rzeczy, bo przeważnie jak się za coś biorę to robię to od razu i tak z życiem - energicznie! W pracy śmieją się, że mam ADHD, bo biegam po pokładzie i załatwiam wszystko od ręki. Ale co ja poradzę na to, że nie lubię flegmatycznego podejścia do życia? To trzeba tak szast-prast i po sprawie! :)
Życie jest piękne i trzeba z niego korzystać!

piątek, 21 sierpnia 2009

Notka proekologiczna.

Nie należę do grona osób mających bzika na punkcie ekologii czy ochrony środowiska, ale od czasu do czasu nachodzi mnie myśl, że mogłabym zrobić coś w tym kierunku. Gdybym miała zapewnione ku temu warunki przystałabym na segregację śmieci w swoim domu. Niestety takich warunków nie posiadam. Dlatego bardzo ucieszył mnie prezent, który dostałam od Yves Rocher stając się ich stałą klientką. Otóż podarowano mi torbę na zakupy. I to nie byle jaką. Jest to kolorowa materiałowa torba wielokrotnego użytku. Jej główny bajer tkwi w tym, że składa się w paczuszkę wielkości telefonu komórkowego, więc wrzucam ją do torebki i zapominam o niej do czasu aż jest mi potrzebna. A jakie robi wrażenie!!! Sama się tego nie spodziewałam, ale testowałam ją już 3 razy i za każdym razem taka sama reakcja. WIELKIE OCZY i bezbrzeżne zdumienie kasjera/ki i ludzi stojących w kolejce za mną. Że już nie wspomnę o tym, że wygląda o wiele ładniej niż taka plastikowa siatka. I nie wżyna się w ręce.
No po prostu nie do wiary - jedna torba, a tyle szczęścia :)

niedziela, 5 lipca 2009

Nic nie boli tak jak życie.

To cenne doświadczenie - przekonać się, o ile łatwiej jest znosić ból fizyczny od cierpienia psychicznego. W przypadku tego pierwszego z pomocą przychodzą środki farmaceutyczne i sen. Kiedy traci się bliską osobę niewielkim tylko pocieszeniem jest wiara.
Całe szczęście mam już to wszystko prawie za sobą. Prawie. Nadal dochodzę do siebie po operacji. Ale jestem w domu. Otoczona przez bliskich troskliwą opieką. Chyba to wykorzystam. Nie wiadomo, kiedy następny raz nadarzy się taka okazja. A może wiadomo? ;)
W każdym bądź razie biorę się w garść! Wszystkie te złe i przykre sprawy zostawiam w pierwszej połowie roku. Druga będzie o niebo lepsza! Już ja się o to postaram.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Tempora mutantur, nos et mutamur in illis.

W poszukiwaniu pewnych materiałów odkurzyłam ostatnio moją starą skrzynkę mailową na yahoo. Wśród półtora tysiąca zachowanych wiadomości znalazły się takie, które obudziły wspomnienia. Dobre i złe.
Wiele zmieniło się w ciągu ostatnich pięciu lat, bardzo wiele. W pierwszej chwili chciałam napisać, że wszystko. Całe szczęście nie wszystko i nie wszyscy. Całe szczęście są ludzie, którzy byli, nadal są i mam nadzieję, że zawsze będą. Z drugiej strony przyznaję, że treść niektórych maili wydała mi się tak nieprawdopodobna, że gdybym nie miała jej przed oczami, to bym nie uwierzyła. Chwilami zastanawiałam się, skąd znajdowałam w sobie tylko pokładów cierpliwości i siły do wybaczania.
Dziś nie mam takich problemów. Dziś moje życie jest towarzysko ustabilizowane. Przyjaciół mam zaledwie garstkę. Grono znajomych znacznie liczniejsze i bardzo różnorodne. Z wszystkimi mam dobre kontakty - bez pretensji, bez awantur, bez łez i bez zgrzytania zębami.
Ta zmiana to w głównej mierze zasługa Ogra. On po prostu emanuje aurą spokoju. Każdego dnia uczę się od niego tej wewnętrznej równowagi i zdrowego podejścia do relacji międzyludzkich. I wiecie co? Może tak nie jest prościej - zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kto nie potrafi się nie przejmować - ale w ostatecznym rozrachunku na pewno jest lepiej.

wtorek, 3 marca 2009

O gotowaniu i innych talentach.

Mój narzeczony świetnie gotuje. Jego kuchnia ma wielu fanów zarówno wśród mojej rodziny jak i naszych wspólnych znajomych. Ja sama oczywiście również należę do grupy wielbiącej Jego potrawy. Od czasu do czasu zdarzy się Ogrzakowi jakaś kulinarna wpadka, ale generalnie to MNIAM!
Cały fenomen ogrzego gotowania polega na tym, że Ogrzak bierze z lodówki coś, miesza z czymś, doda przypraw i voila! Danie gotowe! I to tak pyszne, że palce lizać! Wczoraj wyczarował mi coś między farszem meksykańskim a spaghetti. Taka PASTA MEXICANA :)
Takie niezwykłe umiejętności nazywam małymi talentami. I ostatnio zauważyłam, że sporo osób z mojego otoczenia je posiada.
Ewa (koleżanka z pracy) na przykład ma niesamowitą zdolność dobierania biżuterii. I robi to bezbłędnie. Wystarczy, że spojrzy na wisiorek albo bransoletkę i już wie, do czego to można założyć.
Zu z kolei ma swój jedyny i niepowtarzalny styl ubierania się. Przyznaję, że podoba mi się on do tego stopnia, że sama chętnie bym się w nim zobaczyła. Niestety jest on równie niepodrabialny co orginalny :)
Marta zaś (oprócz prawdziwego talentu malarskiego przez duże T) ma zmysł co do wystroju wnętrz. Przekonałam się o tym kiedy z okazji ostatków (a tak naprawdę z okazji braku okazji;) odwiedziliśmy Pawłów i obejrzeliśmy ich mieszkanie po remoncie. Imprezy wielkiej nie było, ale był za to doskonały łosoś i świetny Riesling Kabinett, którego z powodu abstynencji Ogra i niemocy przerobowej Marty musieliśmy obalić z Pawłem sami ;) Ale wracając do tematu - za sprawą Marty, wściekle amarantowy przedpokój straszący gości od samego wejścia, zmienił się nie do poznania. Piękny turkus, na ścianach obrazy namalowane przez Martę, lampki przypominające skrzyżowanie kwiatów z ważką. A do tego oliwkowa zebra na ścianie salonu, delikatnie szare ściany i ciemnobrązowe meble. Być może z mojego opisu nie wynika nic szczególnego, ale naprawdę - kompozycja jest skrajnie estetyczna i niezwykle oryginalna. Nie ma szans by ktoś bez takiego małego talentu to wymyślił.
No i teraz tak sobie myślę, że trochę zazdroszczę tym utalentowanym i że może ja też mam takie coś tylko o tym nie wiem? Może warto poszukać?

piątek, 20 lutego 2009

Łóżko.

Na krótko przez przeprowadzką Ogrzaka do Warszawy sprawiliśmy sobie nowe łóżko. Postanowiliśmy dbać o nasze kręgosłupy, więc zainwestowaliśmy w naprawdę dobry materac. Wydaliśmy dużą kwotę, ale nie żałujemy. Nie zamienilibyśmy go na żaden inny. Co innego rama... Ramę kupiliśmy w IKEI. Przez jakiś czas z niej też byliśmy zadowoleni (jest naprawdę ładna, pasuje do wystroju sypialni, mieści się idealnie), ale potem łóżko zaczęło skrzypieć, a potem całkiem się rozpadło. No może nie całkiem, ale się rozpadło. A konkretnie - wygięła się belka, przez co dno ogrzej części łóżka z hukiem wpadało do środka. Nie dało się na nim ani spać ani nawet... leżeć ;)
A tylu znajomych zapewniało, że łóżka z IKEI są wygodne i _wytrzymałe_. Ciekawe co teraz by mieli mi do powiedzenia?
A w całej tej sytuacji bawią mnie jeszcze dwie rzeczy.
Po pierwsze: wspomnienie miny rodziców na tę wiadomość :)
Po drugie: fakt, że nikt nie chce nam wierzyć, że to się zrobiło samo - od spania! :)))

piątek, 6 lutego 2009

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Blue Monday.

Podobno to właśnie dziś mamy najbardziej depresyjny dzień w roku. Ma o tym decydować szereg czynników takich jak krótki dzień, niskie nasłonecznienie, zimno, świadomość niedotrzymania postanowień noworocznych i kończące się terminy spłacania kart kredytowych.
Niby brzmi sensownie, ale na mnie jakoś nie działa :) Ale gdyby przypadkiem Was trafiło, to podsyłam przepis na udany rok 2009.

Wziąć dwanaście miesięcy,
obmyć je do czysta z goryczy, chciwości, złości i lęku .
Podzielić każdy miesiąc na 30 albo 31 części tak, żeby zapasu starczyło akuratnie na cały rok.
Każdy dzionek przyrządza się oddzielnie:
biorąc po jednej części pracy i dwie części wesołości i humoru.
Dodać należy do tego trzy kopiaste łyżki optymizmu,
łyżeczkę tolerancji, ziarno ironii i szczyptę taktu.
Następnie masę tę polewa się obficie miłością .
Gotowe danie ozdobić bukiecikami
drobnych uprzejmości.
Podawać je codziennie z pogodą ducha.
ślub, wesele